Dojazd do Gór Fogarskich – dzień 1

No to czas zacząć wyjazd, ruszamy zdobyć dach Rumunii. Dziś opiszę w jaki sposób finalnie dostaliśmy się do miasteczka Tălmaciu, w okolicach którego rozpoczyna się szlak biegnący granią Fogaraszy. Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, wybór najlepszego dojazdu nie jest oczywisty. Ale o tym poniżej…

Tarnopol

Spakowani w plecak jedziemy na Warszawę- Zachodnią, skąd ma nas zabrać Ivan, nasz kierowca do Tarnopola. Umówiliśmy się z nim na Blablacarze raptem dzień przed wyjazdem. Czekała nas dwunastogodzinna nocna podróż, ale dzięki temu były małe kolejki na granicy i w sobotę o 9 rano byliśmy na miejscu (koszt 80 zł/osoba). Z Tarnopola musieliśmy kierować się prostą drogą na Czerniowce, Ivan miał nas wyrzucić na wylotówce ale jadąc przez miasto zajechaliśmy na dworzec i okazało się że mamy marszrutkę za 15 minut. Takiej okazji nie mogliśmy zaprzepaścić!

Podróż marszrutką (czyli wschodnią wersja busa), szczególnie w dłuższą trasę to inne poziom wygody. Kto jechał ten wie, pozostałym nakreślę tylko kilka parametrów a resztę musicie sobie dopowiedzieć/wyobrazić.

Marszrutka to często mocno wysłużony bus, którego nic nie jest w stanie zniszczyć. W naszej wersji miejsc siedzących było ok 27 a w pewnym momencie jechało nim ponad 40 osób!. Temperatura na zewnątrz wynosiła ponad 30⁰C. Jedyne otwarte okienko znajdowało się u kierowcy. Drogą krajową! która jechaliśmy koleiny momentami sięgały wysokości kolan i niejednokrotnie ruch odbywał się szutrowym poboczem! W tak przyjaznym otoczeniu po przejechaniu 170 km w 5 godzin wysiedliśmy na dworcu w Czerniowcach. Folklor pełna gębą!

Czerniowce

Pierwszą noc chcieliśmy spędzić w polskim regionie Rumunii. Miejscowość Kaczyka oddalona jest od Czerniowic o ok 100 km co przy prostej drodze nie byłoby większym wyzwaniem. Było jednak kilka minut po 14 a na dworcu okazało się że najbliższy transport

Tu łapaliśmy stopa na granicy ukraińsko – rumuńskiej

na granice rumuńską odjeżdża – następnego dnia. Do samej granicy mieliśmy jakieś 35 km i jakby tego było mało byliśmy w środku dużego miasta. Pojawiły się obawy czy się uda.

Najważniejsze było w tym momencie było jednak żeby coś zjeść. Od wyruszenia z domu byliśmy przecież tylko na jednym batoniku. Po szybkiej wizycie w sklepie tak naprawdę dopiero teraz zaczynała się prawdziwa jazda. Trzeba było zacząć kombinować jak przemieścić się dalej. Natomiast pod koniec wyjazdu mieliśmy już przekonanie, że szczęście nam zdecydowanie dopisywało. Wracając do Polski byliśmy na tyle wyluzowani, że nic nas nie ruszało bo i tak zaraz ktoś idealnie dopasowany się zatrzyma na stopa. Ale wracając do Czerniowic, tramwajem i spacerem wydostaliśmy się teoretycznie na trasę prowadzącą do granicy, ale to wciąż było miasto. Po godzinie bezowocnego łapania stopa poszliśmy dalej piechotą. Pojawiła się pierwsza oznaka irytacji (a może to zmęczenie?),  żeby podnieść morale poszliśmy do przydrożnej sprzedawczyni arbuzów (a sprzedają je z samochodów wszędzie – tak jak u nas ziemniaki), kupiliśmy po półksiężycu na głowę i tak jedząc wyszliśmy z miasta.

Rumunia

Pozytywne myślenie sprowokowało łańcuch zdarzeń. Szliśmy przez jakiś przydrożny bar i zajechał samochód na polskich blachach. My zagadujemy a oni ani słowo po polsku. Myślimy, co jest grany, ale machnęliśmy ręka i poszliśmy dalej. Po chwili zatrzymał się samochód, w którego środku okazało się, że to jakiś lokalny biznesmen, który jechał to jednej ze swoich firm (dom weselny). Zaprosił nas na kawę, chwila pogawędki i wysadził nas 5 km jeszcze przed granicą. Nie czekaliśmy 10 minut a zatrzymał się facet z którym nie zamieniliśmy słowa. Cały czas gadał przez telefon.

Na granicy była średnia kolejka, idąc do celników pijaliśmy samochody i jeszcze bardziej byliśmy zdziwieni, połowa była na polskich tablicach rejestracyjnych. Dopiero później się dowiedzieliśmy, że Ukraińcy jeżdżą właśnie takimi samochodami bo wychodzi korzystniej (UE). Przepchnęliśmy się przez „stado mrówek”, pomógł tu paszport PL/UE i już maszerowaliśmy po ziemi rumuńskiej.

Kaczyka

Niestety znów na szczęście musieliśmy czekać – ponad godzinę. Nikt nas nie chciał zabrać z granicy, a mieliśmy do Kaczyk jeszcze 60 km i to głównie drogami wiejskimi. Musieliśmy się przez tą godzinę opędzać od jednego taksówkarza, który próbował uniemożliwić innym podwózkę nas. Chciał po przeliczeniu ok 50 zł za 30 km, co skwitowaliśmy Szerokim uśmiechem. W końcu zatrzymał się kierowca, który na zagadywanie taryfiarza, stwierdził wprost „Polaków będę zabiera zawsze i wszędzie i to za darmo”. Nasz wybawca okazało się, że był potomkiem polskich osadników z okolic Suczawy. Poczęstował nas preclami i zawiózł najdalej jak mógł. Po serdecznym pożegnaniu, znów zaczęliśmy iść, tym razem przez rumuńskie wsie. Ssłońce już powoli zmierzało ku zachodowi a nam pozostało około 25 km. Szanse nikłe i już szukaliśmy dogodnego miejsca na biwak, gdy zatrzymał się miejscowy i na dwa stopy dotarliśmy wreszcie do upragnionych Kaczyk.

Pełni wrażeń z ostatnich 24  godzin, postanowiliśmy zjeść coś fajnego i tym, sposobem wylądowaliśmy w miejscowym lokalu w porze kolacji. Poprzepalana papierosami cerata, talerz chleba, talerz papryczek marynowanych, dwie zupy (teraz wiem że była to ciorba) i piwo. Można żyć.

Będąc w Kaczykach, za nocleg obraliśmy Dom Polski (więcej o tym w kolejnym wpisie), ale z uwagi że było już dość późno rozbiliśmy się namiotem na podwórzu. Tym sposobem po 24 godzinach od wyjścia z domu, zamiast w Warszawie to spaliśmy w rumuńskich Karpatach w dawnej polskiej osadzie!

 

Jedna myśl nt. „Dojazd do Gór Fogarskich – dzień 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *