Dojazd do Gór Fogarskich – dzień 2

– Tomek, ktoś kradnie nam ubrania ze sznurka!
– To wiatr, śpij!
Tak zaczął się nasz pierwszy poranek na rumuńskiej ziemi. Wiatr owszem, hałasował, ale tym razem okazało się, że nie jesteśmy sami w Domu Polskim w Kaczyce…

Kaczyka

Kaczyka – (rum. Cacica) – wieś, do której w 1791 roku sprowadzono pierwsze rodziny Polaków z okolic Bochni do pracy w kopalni soli. Niegdyś polsko-niemiecka, dziś zamieszkała przez Polaków, Rumunów i Ukraińców. Nazywana Bukowiną w pigułce ze względu na wielonarodowość i wielowyznaniowość – w Kaczyce oprócz ponad 100-letniej katolickiej bazyliki mniejszej wybudowanej przez misjonarzy z Krakowa, konsekrowanej w 1905 roku, znajdują się kościoły: ukraiński grekokatolicki i rumuński prawosławny. Stowarzyszenie Polaków skupione jest wokół Domu Polskiego. W miejscowej Szkole Podstawowej języka polskiego uczą nauczyciele z Polski.*

Będąc w Kaczyce nastawiliśmy się, że będziemy mieli okazję poznać miejscową Polonię i nawet przygotowaliśmy dla nich upominki z Polski, jednak plan podróży okazał się tak napięty, że nie mieliśmy na to czasu. Jeszcze tego samego dnia musieliśmy być w miejscowości Turnu Roşu, gdzie swój początek ma czerwony szlak na Fogarasze. Czekało nas 400 km krętej drogi wzdłuż Karpat i dopiero do nas dotarło, że może być to niewykonalne ze względu na fakt, iż trasę zaplanowaliśmy pokonać autostopem a jego złapanie nie zawsze jest łatwe.

Do przebiegu podróży wrócimy jednak w dalszej części wpisu, a teraz Kaczyka.

Do Domu Polskiego dotarliśmy poprzedniego dnia tuż przed zmrokiem, kiedy już nie było żadnej szansy kogoś tam spotkać.  Dom wyglądał na zupełnie opustoszały, wszędzie pogaszone światła, nikt też nie reagował na nasze pukanie. W związku z tym, iż była to jedyna opcja noclegu, zadzwoniliśmy do Pani, która się nim opiekuje i poinformowaliśmy ją, że rozbijemy namiot na podwórzu, tak by rano nie była zaskoczona naszą samowolką ;) Wieczorna toaleta to tylko szybki prysznic w zimnej wodzie, a że byliśmy zmęczeni podróżą to równie szybko zmorzył nas sen. Byliśmy przeświadczeni, że jesteśmy jedynymi noclegowiczami.  Rano dobrze wyczułem, że nie obudził mnie wiatr, tylko rzeczywiście ktoś dobierał się do naszych suszących się ubrań. W Domu Polskim nie byliśmy jednak sami. Noc spędzało tam również młode małżeństwo z dzieckiem z Wielkiej Brytanii, które zapragnęło skorzystać z naszego sznurka na pranie myśląc, że to część wyposażenia Domu.

Szybko zebraliśmy nasz majdan, bo grafik mieliśmy napięty. Oprócz tego, że planowaliśmy się dostać do celu podróży w założonym czasie, chcieliśmy również zobaczyć co nieco. Zaciekawiła nas między innymi wspomniana na wstępie kopalnia soli – główna atrakcja Kaczyki, która nie pełni swojej roli już od kilkudziesięciu lat (względy ekonomiczne). Kiedy skończono wydobycie, służyła m.in. jako magazyn (stała temperatura 10°C).  W podziemiach kopalni znajdziemy kaplicę z wykutymi w soli motywami, salę balową, podziemne jeziorko a także boisko do piłki nożnej. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Kaczyce zajrzyjcie tam.

Pomimo że Kaczyka to miejscowość zamieszkała w dużej mierze przez Polaków, nie spotkaliśmy nikogo kto mówił po polsku, choć w kopalni, restauracji itp. są informacje, broszury, menu po polsku. Czas nas jednak naglił i pomimo chęci spędzenia w Kaczyce więcej czasu, musieliśmy wyruszyć dalej.

Podróż przez Bukowinę

Przyznam teraz, że plan był szalony. Musieliśmy wydostać się z Kaczyki, która nie leży przy żadnej drodze przelotowej, przejechać przez Karpaty na drugą stronę a następnie wzdłuż gór dostać się do miejscowości Turnu Roşu. Wszystko czyli 400 km chciałem pokonać w jeden dzień po górskich drogach!

Zaczęło się obiecująco. Od wystawienia kciuka minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund a już mieliśmy pierwszy zatrzymany samochód! To był nasz najszybszy stop. Zabrał nas wojskowy, który jechał po dzieci do dziadków.  Z racji tego, iż był oficerem mówił po angielsku, co dało nam możliwość pogawędzenia z nim trochę. Zaskoczył nas miło pod koniec podróży wręczając nam swój numer telefonu ze słowami, że jeśli cokolwiek by nam się stało w Rumunii, to mamy do niego zadzwonić a on nam pomoże i wszystko załatwi. Oficer  podwiózł nas ok. 50 km po czym znaleźliśmy się pośrodku łuku Karpat. Zaczęło padać, prognozy mówiły nawet o dwóch deszczowych dniach, co sprawiło, że nasze humory trochę się pogarszały. W związku z tym, że plan był bardzo napięty, próbowaliśmy łapać kolejnego stopa niestety efekty były bardzo mizerne. Staliśmy ponad godzinę, co raz chowając się przed deszczem na przystanku.  Jednak w końcu i tam zatrzymał się samochód. Znów trafiliśmy na żołnierza. Tym razem emerytowany podoficer, który kiedyś jeździł na misje międzynarodowe i parę słów po angielsku również pamiętał. Wracał z synem z wędkowania. Na odcinku 30 kilometrów, które mieliśmy okazję z nim przejechać były przepiękne widoki. Bukowina w całej okazałości. Trasa wiodła to w górę, to w dół z kilkusetmetrowymi przewyższeniami. Niestety ciągle padał deszcz a ja nie potrafiłem mu wytłumaczyć , żeby nas nie wyrzucał w mieście tylko za nim lub przed. Jego angielski nie był zbyt rozbudowany więc skończyliśmy podróż na stacji benzynowej w centrum ponad 100-tysięcznego miasta…

Transylwania

W związku z tym, że autostopem przebyliśmy dość krótkie odcinki a złapanie kolejnej okazji bardzo się wydłużało, czuliśmy, że nasza sytuacja pogarsza się z minuty na minutę, a dojazd zajmie nam całą wieczność…W momencie, w którym powoli traciliśmy nadzieję, że planowaną trasę pokonamy w założonym czasie, zatrzymał się Cristian. To był tak zwany złoty strzał.  Cristian jechał trasą, która pokrywała się z naszą, prawie do naszego miejsca docelowego. Przed nami była długa jazda więc mogliśmy się lepiej poznać, swobodnie porozmawiać o wszystkim, o wszystko pytać a on nam cierpliwie tłumaczył. Od sytuacji Romów/Cyganów w Rumunii, mniejszości węgierskiej po kuchnie i obyczaje. Wytłumaczył nam między innymi jak rozpoznać cygańskie wioski od innych (Rumunii strasznie mieli dystans do nich, bali się ich). W trakcie podróży wpadliśmy na obiad, żeby zjeść coś miejscowego. Generalnie jechaliśmy z nim pół dnia (300 km) i staraliśmy się korzystać ile się dało. Przejazd przez Transylwanię sprawił, że poczuliśmy się jakbyśmy się przenieśli do jakiegoś filmu. Kolorowe wioski,  dookoła góry, Cyganie poubierani w typowe barwne stroje, to stworzyło niesamowitą scenerię.

Sielanka nie trwała jednak długo. Zbliżał się zmierzch. Cristian, dowiedziawszy się, że chcemy spać na dziko pod namiotem, przestraszył się, że Cyganie nas okradną i pobiją (Transylwania to duże skupisko Romów). Mieliśmy wysiąść po miastem Sybin, skąd pozostawało nam jeszcze 25 kilometrów. W trosce o nasze bezpieczeństwo Christian zaproponował, że nas podwiezie jeszcze 20 kilometrów, prawie pod sam szlak. Co prawda nalegaliśmy, że nie musi aż tak się martwić, tym bardziej, że już robiło się ciemno i późno a on śpieszył się do dziewczyny, to jednak wizja, że będziemy spać już pod szlakiem była bardzo budująca więc skorzystaliśmy z jego uprzejmości.

Fogarasze

Pożegnaliśmy się z Cristianem w Talmaciu, co nieco odwdzięczyliśmy się oraz zaprosiliśmy do Polski. Nie mogliśmy jednak pozwolić sobie na dłuższe rozstanie, gdyż czekał nas jeszcze dwukilometrowy marsz, żeby wyjść z osady i rozbić namiot.

Dalsze zmagania opiszę w kolejnym wpisie a ten zakończę podobnie jak poprzedni post – Jeszcze 48 godzin temu byliśmy w przytulnym domu Warszawie, a teraz przed nami chłodna noc w namiocie w Fogaraszach nad górską rzeką. Dojechaliśmy do celu, a zarazem początku górskiej przygody w założonym czasie. Udało się!

*Żródło: http://dompolski.ro/pl/miejsowosci-z-mniejszoscia-polska/kaczyka/

Jedna myśl nt. „Dojazd do Gór Fogarskich – dzień 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *