Małkinia Treblinka

Pomysł na ten wyjazd urodził się już w poprzednim roku, ale udało się go zrealizować 7 czerwca br.
Plan był prosty, najpierw o 4:50 mieliśmy pociąg z Warszawy Wileńskiej do Małkini a następnie trzeba było wrócić na Bemowo :)

W fazie planowania trasy wyszło nam ok 120 km, ja się później okazało plany planami a życie swoje :) ale po kolei…

Na 4:00 zaplanowaliśmy zbiórkę przy ratuszu, skąd we dwóch ruszyliśmy w stronę Wileniaka. Dojazd zajął nam ok 30 minut i jak się okazało pociąg już na nas czekał. Myślałem że o tej porze będzie jechał pusty a tu zonk, wcale tak nie było. Większość pasażerów to imprezowicze z piątku, którzy wracali rano do domów. Dosadnie informował nas o tym maszynista po każdym zaciąganym przez nich hamulcu bezpieczeństwa :) Po drodze zaliczyliśmy jeszcze jedną przesiadkę, bo oczywiście pociąg się zepsuł i w Tłuszczu podstawili nowy :)

Maszynista był bardzo wylewny ;)
Poranek widziany z pociągu

 

Około 7:00 pociąg dotarł do stacji Małkinia i po szybkiej herbatce w miejscowym barze powolutku udaliśmy się do kolejnego celu dzisiejszego dnia – obozu zagłady w Treblince.

 

 

 

Samo muzeum otwierali dopiero o godzinie 9:00, jednak teren obozu znajduje się w lesie i można na jego teren swobodnie wchodzić. Dzięki temu nie musieliśmy wytracać czasu i udało się wszystko zobaczyć.
Obóz składa się z trzech części – Treblinka I i II oraz miejsca straceń polaków. Wszystko rozrzucone po lesie. Rower był tu zbawienny, ponieważ gdyby trzeba było zwiedzać obóz na piechotę zajęło by to naprawdę sporo czasu (po obozie zrobiliśmy ponad 5 km samym rowerem).

 

 

 

 

 

 

Prawie równo o 10:00 wyjechaliśmy z Treblinki i udaliśmy się w drogę powrotną do Warszawy.
Najbliższe ok 100 km to było to co lubię najbardziej w takich wyjazdach – pełen folklor, cisza i spokój, kontakt z przyrodą, wysiłek – jednym słowem sielanka :)

 

 

 

 

Dojeżdżając do rogatek Warszawy, rozpoczął się najnudniejszy odcinek wyjazdu. Kilkadziesiąt kilometrów przebijania się przez Sulejówek, Rembertów, Pragę aż do Bemowa.

Podsumowując:
Tego dnia na rowerach przejechaliśmy ponad 160 km, średnia wyszła nam ok 20 km/h.  Pierwszy raz udało mi się przejechać ponad 150 km jednym ciągiem, kondycyjnie okazało się że było lepiej niż myślałem, mimo potwornego żaru lejącego się z nieba.
Wtedy jeszcze nie widziałem że był to ostatni wypad mojej mocno wyeksploatowanej maszyny, kolejne to już będzie nowy rozdział i jak pisałem we wcześniejszym wpisie – nowe możliwości :)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *