Rowerem dookoła Gór Świętokrzyskich – dzień 1

Kielce SienkiewiczaNareszcie się doczekałem kolejnego wypadu na rower, bo gdy tylko kupiłem bilet na PolskiegoBusa do Kielc parę miesięcy temu czas strasznie mi się dłużył. Dlaczego na busa? Chciałem Wam pokazać jak przewieźć rower tym sposobem, ale niestety w momencie kupna nie pomyślałem, że będzie to długi weekend i wyszło jak wyszło, ale o tym za chwilę. A więc wybrałem się w Góry Świętokrzyskie, plan zakładał przejechanie w cztery dni całych gór dookoła, zaliczając przy tym 18 atrakcji i ciekawych miejsc jakie sobie wytypowałem w regionie. Czy udało mi się zrealizować plan? Zapraszam na wycieczkę po najstarszych i najmniejszych górach w Polsce..

Jak wspomniałem, wyjątkowo tym razem zdecydowałem się na autobus co okazało się nie do końca przemyślane. PolskiBus odjeżdzał o 6 rano a ja jeszcze do pierwszej w nocy się pakowałem. Mimo nastawienia z dziesięciu budzików – zaspałem. Został więc uruchomiony plan B, około 6:50 miałem jeszcze autobus Polonusa na którego o dziwo były bilety. Szybko wskoczyłem na swoją maszynę i pognałem na dworzec Warszawa-Zachodnia. Jednak i tym razem musiałem pogodzić się z porażką – już drugą tego dnia. Mimo rozłożenia roweru i dogadania się wcześniej z kierowcą, okazało się że jest tylu chętnych, że jeszcze kilkanaście osób zostało odprawionych z kwitkiem. Do luku bagażowego nawet jednej sakwy bym nie wcisnął. Powoli zacząłem się zastawiać czy aby na pewno ten wyjazd jest mi pisany. No ale nie byłbym sobą gdybym nie miał planu C :) O 8:04 był jeszcze pociąg z dworca Warszawa-Wschodnia (druga część miasta). Problem polegał na tym, że wiedziałem o braku biletów na ten pociąg i przez to do samego końca było dramatycznie. Nie będę się rozpisywał minuta po minucie, ale najpierw konduktor zagroził mi karą za nadprogramowy rower, cztery minuty przed odjazdem udało mi się kupić bilet dla siebie i na rower na miejsca których nie było! więc pozostało mi się tylko delektować miną konduktora-służbisty który przy ogólnym podnieceniu szukał ofiary bez biletu za rower, aż do momentu kiedy okazało się że wszyscy mają bilety a rowerów jest więcej niż miejsc. Tyle go było widać do końca podróży. Kochana PKP.

Góry Swiętokrzyskie

O 11:00 melduję się w Kielcach, szybkie przepakowanie i w drogę, choć z tego porannego pośpiechu byłem ciągle bez śniadania. Ratowały mnie ciastka owsiane (dzięki M i N :) ), które zostały jeszcze z wyjazdu do Włoch. Pierwszym punktem na mojej trasie była Jaskinia Raj, do której z Kielc jest ok 11 kilometrów.

  • Rezerwacja biletów do Jaskini Raj odbywa się za stronie http://jaskiniaraj.pl/pl/rezerwacje.html. Koszt biletu to 18 zł. Czynna jest zazwyczaj od połowy stycznia do połowy listopada z wyłączeniem poniedziałków.

wejście do Jaskini Raj

Była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu i po której obiecywałem sobie wiele. Niestety albo jestem nieczuły albo się nie znam, ale zabrakło mi tego efektu „łał”. Jaskinia jest rezerwatem ścisłym, tzn. że zwiedzamy ją tylko z przewodnikiem, jest całkowity zakaz fotografowania (podobno przy robieniu zdjęć na skałach osadzają się glony ;) ), filmowania itp. najlepiej jakbyśmy w ogóle nie oddychali. Jaskinia RajJest to oczywiście zrozumiałe, jaskinia jest najładniejsza w Polsce, posiada swój mikroklimat i na pewno jest unikatowa ale chyba byłem troszkę rozczarowany otoczką zwiedzania. Sprzęt i wystawa wprowadzająca rodem z poprzedniej epoki a całe zwiedzanie polega na rozpoznawaniu w skałach i naciekach zwierzątek i postaci. Pani przewodnik odkrywała przed nami jak dany naciek nazwali odkrywcy jaskini. Była sowa, baranek i samochód, ot taka zabawa. Przynajmniej teraz wiem że nigdy nie będę speleologiem. Podsumowując, warto zobaczyć naszą jaskiniową perełkę (notabene odkryta dopiero ok. 60 lat temu), jednak moim zdaniem przydałoby się to miejsce odświeżyć. Podać turyście produkt w inny sposób, w końcu jest to najdroższa atrakcja którą odwiedziłem w regionie a za depozyt (nie można nawet torebki wnieść) służy krzesło i biurko pań z administracji.

Szybko zostawiłem za sobą naszą jaskinię i udałem się w kierunku zamku w Chęcinach do którego jest raptem 6 km (pamiętajcie, że nie ma prostych dróg, ciągle jest pod górę i z górki). Już po pokonaniu pierwszego wzniesienia w oddali ukazał się – on, majestatycznie górujący nad okolicą – Zamek Królewski w Chęcinach. Wybudowany w XIII w, na wzgórzu o wysokości 367 m n.p.m. Jest to chyba jedna z najbardziej znanych warowni w naszym kraju. Do naszych czasów zachował się pełny obwód murów, baszta oraz dwie wieże w charakterystyczny kolorze (jasna i czerwona cegła). Jak na ruinę jest też bardzo dobrze przygotowany na przyjęcie zwiedzających, cały czas coś się tam dzieje. Można postrzelać z łuku, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z mieczem, w dybach itp. oraz co ciekawsze wejść na basztę oraz jedną z wież. Jest też jeszcze jedna ciekawa rzecz, przy sprzyjającej pogodzie widać stąd Tatry! Taka sytuacja miała miejsce już tydzień po mojej wizycie (poszukajcie sobie zdjęć w internecie, robią wrażenie bo w końcu to w linii prostej 200 kilometrów). Wstęp do zamku – 12 zł.

widok na zamek w chęcinachzamek w chęcinach

Po zwiedzaniu nareszcie zaczęło się to co bardzo lubię, czyli ja, rower i polskie krajobrazy. Do rejonu gdzie planowałem nocleg miałem ok 50 km. Ale za nim na dobre zacząłem pedałować, trzeba było coś w końcu zjeść. Jeszcze w Chęcinach strasznie mnie korciło, widząc szyldy „pizza z pieca” itp ale wytrzymałem! Wyjazd miał odbyć się możliwie po kosztach i tak było, czyli królowały kanapki z mielonką/pasztetem i pomidorem.Chęciny panorama

Tak sobie jadąc przez te wszystkie wsie, oswajałem się z krajobrazami. Teren bardzo służył rozgrzaniu się i przyzwyczajeniu organizmu do wysiłku. Jechałem cały czas wzdłuż pasma górskiego więc podjazdy nie były zbyt wymagające (ale tylko tego dnia). Gdzieś w połowie odcinka, przeżyłem najbardziej nerwowa sytuacje podczas całego wyjazdu. Każdy rowerzysta przyzwyczajony jest to wiejskich kundli, ale to co na mnie wypadło z jednego gospodarstwa nie było kundlem. Dwa psy wielkości roweru przez ok 200-300 metrów kontynuowały za mną pościg. Całe szczęście, że od początku miałem lekką przewagę  i nie dały rady do mnie dojść. Adrenalina skoczyła momentalnie. Pierwsze o czym później pomyślałem, to było skojarzenie z tym FILMEMwyprawa rowerem posiłek

Gdy zostało mi 10 kilometrów do celu, to na horyzoncie nadciągała burza. Nie miałem szans dojechać i zdążyć rozbić namiot. liczyłem jednak na jakieś tymczasowe, przydrożne schronienie przed deszczem. Co jest oczywiste zazwyczaj w takich momentach, gdy tylko z nieba zaczęły lać wiadra wody, nie było gdzie się schować. Co jeszcze bardziej wredne, miało to miejsce w miejscowości Potok.

Jest niesamowite, jak człowiekowi szybko spadają morale, a wystarczy że jest wyziębnięty, w butach woda i zaczyna odczuwać chłód. Tym bardziej, że nie było to zwykła burza a oberwanie chmury. Nie było czego zbierać. Po kilkunastu minutach ruszyłem dalej bo brakowało mi już tylko 2 kilometrów (chciałem rozbić się nad zbiornikiem Chańcza), niestety drugi raz się rozpadało. Było mi już wszystko jedno, dojechałem na jakiś przystanek i przeczekałem tam ze 40 minut. Czyżby poranna klątwa trwała? Na szczęście nie. Gdy już ruszyłem, to w najbliższej miejscowości mój widok musiał przestraszyć pewna Panią ;) Dostałem ciepły prysznic, herbatę i dach na głową. Wygrzałem się, podładowałem morale i następnego dnia o 8 rano ruszyłem w dalsza drogę.

Pierwszego dnia przejechałem 78 kilometrów. Mapę z trasą i wszystkimi punktami zamieszczę w ostatnim tekście o Górach Świętokrzyskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *