Rowerem dookoła Gór Świętokrzyskich – dzień 3

Góry Świętokrzyskie widok1To już półmetek moich świętokrzyskich wojaży i tak się złożyło, że motywem który towarzyszył mi przez cały trzeci dzień, była działalność niepodległościowa na tych terenach w okresie II Wojny Światowej.  To budujące, jak wiele osób i środowisk pamięta i kultywuje historię swoich rodzin, czy społeczności. A zaczęło się od samiutkiego ranka.

Tak jak obiecałem gospodarzom, zebrałem się raniutko i pojechałem dalej, choć chcieli jeszcze mnie zaprosić na śniadanie (nie ma co nadwyrężać gościnności i oczekiwać profitów z tego, że ktoś nas gości). Z tyłu głowy myślałem już o swoim śniadaniu, ale po drodze do sklepu miałem do odwiedzenia pierwszy z punktów na dziś. Był to dom rodziny Piwników w Janowicach.Janowice

„(…)pozdrówcie Góry Świętokrzyskie(…)”

Legenda Gór Świętokrzyskich i polskiej partyzantki, jeden z pierwszych cichociemnych zrzuconych do kraju. Odznaczony krzyżem Virtuti Militari IV i V klasy. Mowa oczywiście Janie Piwniku ps. Ponury. Urodził się i wychował właśnie w Janowicach, gdzie do dziś stoi jego dom, który pełni rolę izby pamięci. Niestety, od wielu miesięcy jest zamknięty i zarośnięty (Pani, która tam mieszkała, zmarła). Według informacji uzyskanych od miejscowych klucz posiada krewny zamieszkały gdzieś na Pomorzu, podobno kiedyś dom otwierał sołtys, ale nie udało mi się tego potwierdzić. Lekko zawiedziony, porobiłem jeszcze zdjęcia i pojechałem po jedzenie do sklepu.Janowice dom Panurego

widok na Łysogóry

widok na pasmo Łysogór

Była sobota około godziny 9 rano, a pod sklepem zaczęli się zbierać miejscowi. Okazało się, że samochód z piekarni za nim dojedzie do sklepu sprzedaje pieczywo po drodze każdemu, kto go zatrzyma. Hasło „dojechał już” padało średnio co kilka minut. W oczekiwaniu na świeże pieczywo pomagałem też ja, rozbiłem się ze swoim bufetem na parapecie przed budynkiem i stałem się malutka atrakcją, gdyż niektórzy mimo młodej godziny byli już w wyraźnym stanie wskazującym na spożycie.Góry Świętokrzyskie kapliczka

Wykus – 326 m n.p.m.

Słońce zaczynało już niemiłosiernie grzać, odcinki trasy wśród drzew były zbawieniem. A czekało mnie prawie 50 kilometrów do kolejnego celu, czyli miasta Wąchock. Gdzie dopiero po wielu nieudanych próbach udało mi się kupić krem do opalania. Trasa do  Wąchocka, którą wybrałem okazała się optymalna, samochodów mało, widoki przednie i tylko to słońce. Po drodze mijałem m.in. zbiornik wodny Wióry, nad którym wcześniej myślałem, żeby przenocować. Jednak okazało się, że jego pochylone zbocza wykluczają rozbicie namiotu.rzeka Świślina Zbiornik Wióry

Wykus droga krzyżowa

fragment Drogi Krzyżowej na Wykusie

Po pokonaniu licznych wzniesień, dojechałem do Sieradowskiego Parku Krajobrazowego – największego kompleksu leśnego podczas tego wyjazdu. To tutaj swoje schronienie na słynnym Wykusie mieli m.in. powstańcy styczniowi (na czele z gen. Langiewiczem), oddziały mjr Henryka Dobrzańskiego „Hubala” czy Zgrupowanie AK pod dowództwem „Ponurego”. Obecnie znajduje się tu kapliczka oraz Partyzancka Droga Krzyżowa. Uroczystości są organizowane co roku w drugą sobotę czerwca.

Nie spędziłem na Wykusie zbyt dużo czasu, bo niestety przechodziłem mały kryzys. Akurat w tym czasie nałożyło się kilka spraw. Trasa przez las jeśli chodzi o nawierzchnię była najgorsza z całego pobytu w Górach Świętokrzyskich. Liczne podjazdy po piachu i kocich łbach sprawiły, że morale zaczęły spadać. Doszło pragnienie (przy takim wysiłku fizycznym tego dnia wypiłem ok 8-9 litrów płynów) i jeszcze to słońce! Ciągle jechałem bez kremu do opalania, liczyłem że w końcu w Wąchocku uda mi się kupić, bo moje przedramiona już krzyczały błagalnie o odrobinę cienia!

podjazd na Wykus

jeden z podjazdów pod Wykus

Do pokonania miałem jakieś 7 kilometrów i żeby jazda nie była walką z samym sobą postanowiłem się zatrzymać. Wypiłem resztki wody, zjadłem batonik i wyciszyłem się wsłuchując się w otaczający mnie las. Jest to dobra metoda, gdy zaczyna się zapominać po co człowiek właściwie tu jest. Nie liczy się odhaczanie kolejnych punktów tylko przyjemność jazdy wśród tych wszystkich zmieniających się krajobrazów. Gdy już uspokoiłem te wszystkie głosy w głowie (jeść! pić! gorąco! kolejna góra!), ruszyłem do Wąchocka.Wąchock klasztor

Wąchock

Małe miasteczko położone między Starachowicami a Skarżyskiem-Kamienną. Obecnie najbardziej znane jest z licznych dowcipów. Ale czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego właśnie z tego miasta wszyscy się śmieją? Krąży kilka teorii w tym temacie, niektórzy sugerują, że dowcipy o Wąchocku były opowiadane już przed wojną, ale jednak najbardziej powszechną wersją jest ta o zemście władz poprzedniego systemu. Miasteczko nie jest za duże, ale mieszkańcy są bardzo dumni ze swojego pochodzenia i z historii jaką tworzyli ich przodkowie. Jak wspomniałem wcześniej, przez dziesięciolecia stanowiło ważny punkt w walkach niepodległościowych w tym rejonie. Nie raz zaszło za skórę jednemu i drugiemu okupantowi. A dodatkowo po sąsiedzku w PRL-u  zaczął powstawać duży ośrodek przemysłowy w Starachowicach. Przez co postanowiono, zdyskredytować i ośmieszyć Wąchock w skali kraju, a mieszkańcy niestety obrali złą formę obrony. Dowcipy zaczęto brać zbyt do siebie, co tylko spotęgowało falę śmiechu. Aż chyba zrozumieli że się od tego już nie ucieknie i obrócono to obecnie w atrakcję turystyczną.Wąchock ogrody klasztorne Wąchoc klasztor

Ale głównym punktem w Wąchocku, dla którego przyjechałem był XII-w klasztor Cystersów. To tu znajduje się muzeum i panteon upamiętniający działania polskiego wojska na ziemi świętokrzyskiej. To tu w roku 1988 udało się sprowadzić z Białorusi prochy Jana Piwnika „Ponurego”. W pogrzebie wzięło udział ponad 50 tysięcy osób, w tym m.in. 73 poczty sztandarowe Armii Krajowej. Dokładną relację możecie przeczytać tutaj.

Ostatnie słowa Ponurego przed śmiercią brzmiały:

„Ja nie wyżyję, pożegnajcie ode mnie wojsko, pozdrówcie Góry Świętokrzyskie, pożegnajcie Kresy. Powiedzcie żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem i że umieram jak Polak”

Wąchoc grób Jana Piwnika PonuregoWąchock panteon

Michniów

Michniów nowe muzeum

powstający budynek nowego muzeum w Michniowie

W Wąchocku wreszcie pojadłem i kupiłem krem do opalania. Po zwiedzeniu opactwa i ogrodów, pojechałem do oddalonego o 20 kilometrów Michniowa. Jest to kolejne miejsce dzisiejszego dnia i to miejsce najbardziej smutne. Znajduje się tu Mauzoleum Martyrologii Wsi Polskiej, jako symbol pacyfikacji polskich wsi i ludności cywilnej. W dniach 12-13 lipca 1943 roku, Niemcy wymordowali ponad 200 osób i spalili doszczętnie wszystkie zabudowania. Zakazano również uprawiania okolicznych pól. A wszystko to przez pomoc mieszkańców wsi niesioną dla oddziałów partyzanckich. Obecnie w Mauzoleum znajduje się zbiorowa mogiła ofiar pacyfikacji, pomnik a także niewielkie muzeum. Trwa również budowa docelowego budynku muzeum, zaprojektowanego przez autora Muzeum Powstania Warszawskiego. Bryła już stoi ale trzeba czekać na wykończenie i urządzenie wnętrz. Szacuje się, że otwarcie nastąpi za około 2 lata. Michniów masowy grób Michniór muzeum

Bodzentyn

To był bardzo intensywny dzień, wrażeń miałem już co nie miara a jeszcze było tyle przede mną. Z Michniowa udałem się żeby zobaczyć ruiny zamku w Bodzentynie. Zbudowany w XIV w. na skraju stromego wzgórza, zamek został ostatecznie opuszczony w XIX w. Z ciekawostek dotyczących Bodzentyna możemy wymienić m.in. wizytę Władysława Jagiełło to w roku 1410 w czasie pielgrzymki na Święty Krzyż w intencji zwycięstwa nad Zakonem Krzyżackim pod Grunwaldem oraz legendy dotyczące znajdujących się tam rozległych podziemi (podobno istnieje tunel łączący zamek właśnie ze Świętym Krzyżem).

Bodzentyn amek

W tle widać nadchodzącą burze…

Zamek Bodzentyn Zamek Bodzentyn ruiny

Łysica – 602 m n.p.m.

Wyjeżdżając z Bodzentyna, kierowałem się w stronę Świętej Katarzyny, z której miałem wyruszyć na zdobycie najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich – Łysicy. Było lekko po szesnastej a mi przed oczami przeszły obrazki z pierwszego dnia. Z północy nadciągała wielka czarna chmura. Zacząłem wyścig z czasem, pozostało mi jakieś 7 kilometrów lecz już sił powoli brakowało. Kombinowałem gdzie i jak przenocować u stóp Łysicy tak żeby w deszczu nie rozbijać namiotu. Jednak tym razem szczęście było po moje stronie. Będąc już na szczycie przekonałem się, że burza przeszła tuż obok.

Wejście na szlak prowadzący na Łysicę znajduje się obok Zakonu Sióstr Bernardynek. Czas wejścia i zejścia szacowany jest łącznie na 2 godziny. Ja w tym całym galopie przed burzą pokonałem całość w 1h 3min (miałem też w nogach już  100km!) Szlak jest łatwy ale  to nie powinno zwalniać z myślenia. Towarzystwo wraz z dziećmi  nawet widząc nadchodzącą burzę wybiera się w górę w japonkach i bez peleryn.

Po tej godzinie wróciłem do roweru i poczułem ogromną satysfakcję. Udało mi się już przejechać kawał trasy, zobaczyć mnóstwo rzeczy i poznać całą masę pozytywnych ludzi. Pomyślałem, że zasługuję na porządny posiłek! A że byłem w Świętej Katarzynie (jedna z głównych miejscowości turystycznych) to postanowiłem to wykorzystać. Niestety ależ byłem zdziwiony kiedy okazało się, że nie ma ani jednego bankomatu i pola namiotowego! Przepytałem mnóstwo osób i wszyscy kierowali mnie do Bodzentyna.Łysica

Z kasą było krucho więc musiałem wrócić myślami to moich kanapek z konserwą i pomidorem. Już się nie śpiesząc, kierowałem się w stronę Świętego Krzyża. Chciałem spędzić noc jak najbliżej, żeby następnego dnia nie tracić czasu do dojazdy. I tak spacerowym tempem jechałem wzdłuż pasma Łysogór i obserwowałem codzienne życie mieszkańców. Dopiero o tej porze zaczęło być chłodniej i wszyscy ruszyli do prac wokół swoich domów i na polach. Trwały sianokosy. Wszędzie było słychać ciągniki i kosiarki. Zaczęto rozpalać grille i siadać rodzinami w ogródkach. Zrobiło się jakoś sielsko i spokojnie.wzdół rządowykolejny podjazd Góry Świętokrzyskie widok2

Spałem praktycznie u początku szlaku na Święty Krzyż, przygarnęła mnie pewna rodzina, u której mogłem rozbić się za domem. Zostałem bardzo serdecznie przyjęty i miałem też okazję wziąć prysznic (yeah!). Przez długie kolejne dni nie mogłem wyjść z podziwu, jak ludzie są otwarci i mili oraz po tych wszystkich rozmowach, wspomnieniach, jak los bywa dla nich przewrotny. Ta jedna noc uświadomiła mi, że żyjąc w wielkim rozpędzonym mieści zapominamy o wielu sprawach, ale to już temat na inną rozmowę.

widok z namiotu

widok z namiotu

Trzeciego dnia przejechałem 111,5 km, plus wejście na Łysicę. Pętla wokół Gór Świętokrzyskich już prawie domknięta. Jutro ostatni dzień mojego pobytu. nocleg w trzeci dzień

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *