Rowerem wzdłuż wybrzeża – szlak latarni morskich – dzień 6

ścieżka rowerowa w stronę puckaTo był długi poranek. Poprzedniego dnia mieliśmy problemy ze znalezieniem noclegu. Było już grubo po 21 a wszędzie kręcili się imprezowicze. Przepełnione campingi, kolejki do nielicznych sklepów, imprezy na plaży, wszędzie gwar i muzyka – tak powitały nas Chałupy. Do tego doszło już zmęczenie, Natalia zaczęła skarżyć się na bóle w kolanach a to jeszcze nie koniec wyjazdu. W takich nastrojach organizowaliśmy sobie nocleg na koniec tego dnia.

Na ostatnich już oparach udało się nam znaleźć kawałeczek ziemi między namiotami w jednym z campingów. Nie pasowaliśmy do tego otoczenia. Dookoła średnia wieku ok. 20 lat. Wszyscy właśnie szykowali się do kolejnej imprezowej nocy a my marzyliśmy o czymś do jedzenia i zmyciu z siebie tony brudu. Nie musiałem więc Natalii długo przekonywać, by szybko poszła się myć, ja w pojedynkę rozstawiłem namiot. Wybadałem również sąsiadów, z których twarzy biła niejedna nieprzespana noc :] Chcieliśmy szybko się ogarnąć i pójść spać żeby regeneracja zaczęła postępować, co oczywiście się nie udało. Generalnie udzielił nam się klimat campingu. Do 22:00 na scenie na plaży przygrywała jakaś kapela (chyba złożona z osób z campingu), niedaleko był też jedyny w okolicy sklep. Plan był oczywisty, poszliśmy na plażę gdzie przy dźwiękach muzyki delektowaliśmy się pobytem na Mierzei Helskiej. Gdy zmęczenie zaczęło przypominać o sobie, wróciliśmy do namiotu, a tam okazało się że jest on prawie w samym środku melanżu, który trwał do 7 rano :)

Obudziły nas latające butelki. Gdy chciałem wychylić głowę i zobaczyć w która stronę latają i czy nie jesteśmy zagrożeni to okazało się, że nie będzie to takie łatwe. Cały namiot i okolica zostały opanowane przez plagę jakiś latających owadów. Całe szczęście po kilku zamachach odlatywały na sąsiednie namioty i samochody ;)

Gdy odjeżdżaliśmy z campingu, trwały jeszcze przepychanki imprezowiczów z obsługą. Ucierpiało kilka namiotów, na szczęście nie nasz. Po śniadanku w Chałupach, ruszyliśmy helską ścieżką rowerową (kostka bauma) do Jastarni. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, a trasę dzieliliśmy z biegaczami (w tym samym czasie odbywał się bowiem bieg ultra Gdynia-Hel na dystansie 80 km!).

W Jastarni zaczął spełniać się czarny scenariusz. Natalia miała problemy z dalsza jazdą z powodu kolana. Zastanawialiśmy się, co mamy dalej robić i po szybkich oględzinach zdecydowaliśmy, że opaska i żel powinny zrobić swoje. Niestety na najbliższą aptekę trafiliśmy dopiero w Helu. Do pokonania mieliśmy jeszcze sporo kilometrów, tempo mocno spadło a jak na złość tuż za Juratą złapała nas jeszcze ulewa.helska ścieżka rowerowawindserferzy w chałupach promenada w chałupach

Trzeba było sobie jakoś poprawić humory i jednogłośnie podjęliśmy decyzję, że w Helu zjemy pizzę :) Od razu wróciła ochota do dalszej jazdy. Zdobyliśmy kolejna pieczątkę. Plan zakładał również wizytę w fokarium, jednak kolejka do wejścia nas odstraszyła. Wracając do przeszkadzającego kolana – opaska okazała się być bardzo pomocna dzięki czemu widmo straty dnia na odpoczynek zostało zażegnane.  Ruszyliśmy w stronę Trójmiasta. Rano naszym celem było dojechanie za Gdańsk, jednak z samych Chałup do Helu trasa zajęła nam ok 6 godzin. Dzień się kończył i trzeba był dojechać jak najdalej. Lecieliśmy jak wariaty :) Do Władka dojechaliśmy w 1,5 h i obraliśmy cel na Puck.

Uczucie głodu zaczynało być uciążliwe, gdyż poza pizzą niewiele dziś jedliśmy, jednak trzeba było zagryźć zęby i pedałować dalej. W miejscowości Swarzewo trafiliśmy na lokalny odpust, który trochę nas opóźnił, ponieważ była to jedyna droga na przedostanie się dalej. Po całej szerokości szło mnóstwo ludzi (w tym też orkiestra). Nie było jak ich minąć a czas nam uciekał. Straciliśmy chyba ze 20 min i to nie był koniec. Znacie powiedzenie „Jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy” ? – to pamiętajcie – nie warto się spieszyć :P Ujechaliśmy ledwie kilka kilometrów a w Pucku okazało się, że trafiliśmy na inscenizację jednej z walk z II Wojny Światowej. Cały sektor ulic zamknięto, w związku  tym staliśmy się przymusowymi widzami. Chyba zbyt dużą presję sobie narzuciliśmy… Jednak nie ma tego złego… Dzięki tej inscenizacji pozwoliliśmy sobie na odpoczynek i duże lody :)

śniadanie w chałupach wzdłuż wybrzeża zatoki puckiej inscenizacja w pucku

W Rzucewie mijamy zamek Jana III Sobieskiego i w stronę Gdyni jedziemy starą aleja lipową. Po dłuższej jeździe, zdałem sobie sprawę, że możemy nie zdążyć by dostać pieczątkę w gdańskiej latarni, więc próbowałem dodzwonić się tam i uzyskać informację czy jest szansa dostać ją po godzinach otwarcia. Pani, z którą rozmawiałem, była nawet skora żeby na nas poczekać, ale tylko 20 min :( Musiałem podziękować. bo 20 minut, to było za krótko żebyśmy tak dojechali :/ Szybki rzut oka na mapę i ustaliłem, że dziś szukamy noclegu w Sopocie a przed tym w Gdyni wreszcie coś porządnie zjemy.  Przez Kosakowo i port przedzieraliśmy się już na ostatnich oparach, jechaliśmy jak w transie. Kiedy napięcie zeszło i nie trzeba było się spieszyć nagle uderzyła w nas fala zmęczenia. W mieście atakujemy oczywiście Pizze Hut (w takich momentach jedzenie smakuje naprawdę niesamowicie, człowiek delektuje się każdym kęsem :) ) Moglibyśmy tak siedzieć w nieskończoność, jednak zaczęło się ściemniać a do Sopotu został jeszcze kawałek.

na końcu półwyspu helskiegoport w gdyni janek wiśniewski tablica w gdyni drzewa nad zatoką pucką dar pomorza w gdyni

W Gdyni byłem po raz pierwszy i nie zdawałem sobie sprawy, że to jest tak pagórkowate miasto. W tamtym momencie przy każdym podjeździe mięśnie w nogach mocno paliły, lecz po takim posiłku nic nie było w stanie popsuć nam humorów :) Z miasta wyjeżdżamy już w całkowitych ciemnościach i przed 22 meldujemy się w sopockim campingu.

To był dzień pełen wrażeń. Wstaliśmy przecież wcześnie rano, żeby jak najdalej zajechać, jednak musieliśmy zweryfikować plany, bo zdrowie jest ważniejsze a zignorowanie problemu mogłoby wymusić na nas przymusowe postoje.

Zwiedziliśmy cały półwysep i kilka miejscowości leżących nad zatoką Pucką. Mimo zmęczenia, ulewy, początkowej presji czasu a przez to uczucia głodu, staraliśmy się cieszyć z jazdy. Widoki na szczęście nie zawodziły a późny wieczór spędziliśmy przy piwku w Sopocie. Należało nam się, w końcu pokonaliśmy tego dnia rekordowe 130 km! Jako ciekawostkę to tylko wspomnę, że w Sopocie faktycznie jest ograniczenie prędkości dla rowerów a na dodatek gdy wracałem ze sklepu z piwem w siatce, na ścieżce stali panowie w niebieskich mundurach z alkomatem i kontrolowali wszystkich rowerzystów (a było już po 22).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *