Rowerem wzdłuż wybrzeża – szlak latarni morskich – dzień 7

ujście WisłyRozpoczyna się ostatni dzień na naszej trasie wzdłuż wybrzeża (a przedostatni całego wyjazdu). Od rana rozmyślamy już o momencie, w którym dojeżdżamy do granicy z Obwodem Kalingradzkim (był nawet pomysł, żeby kupić szampana, ale ostatecznie skończyło się na piwie, które wieźliśmy ze sobą cały dzień). W najgorszych myślach jednak nie przypuszczaliśmy z jakim wyzwanie przyjdzie nam się zmierzyć tego dnia i które na pewno zapamiętamy na długo.

Zacznijmy jednak od początku. Budzimy się leniwie, w końcu tego dnia nie musimy się zrywać o 7 rano, gdyż latarnię w Gdańsku otwierają dopiero o 10 a mamy do niej ledwie 7 kilometrów. Spacerowym tempem jedziemy wzdłuż plaży, żałując, że w Warszawie nie mamy jeszcze tak dobrze ułożonej infrastruktury rowerowej (mają tu szerokie ścieżki, oznakowanie pionowe, nawet rondo :)). Człowiek czuje, że to wszystko jest dla niego. Pozostaje tylko czekać, aż u nas połączą te wszystkie samotne odcinki w jeden w system i skończy się skakanie co skrzyżowanie z ścieżki na jezdnie i z powrotem.pionowy znak drogowy rowerścieżka rowerowa w trójmieście

Po dotarciu na miejsce, dostajemy już przedostatnią pieczątkę :) (można tam również kupić fajne rękodzieło w rozsądnej cenie związane z tematyką morską (w innych latarniach jeśli już był wybór, to bardzo skromny i ceny troszkę wyższe). Czując już koniec wyjazdu, mieliśmy tego dnia kryzys żywieniowy :P czyli już dość mielonek. Śniadanie zjedliśmy w Gdańskim Nowym Porcie na stacji benzynowej przy hot dogach i herbacie (nie było to wystarczające, ale wtedy liczyły się smaki ;) i spokój w głowie). Po chwili startujemy na pierwszy tego dnia prom na trasie Nowy-Port – Wisłoujście.

Ku naszemu zdziwieniu pan który pracuje na promie od x lat nie miał pojęcia, że po drugiej stronie też jest latarnia morska (chodzi o nową latarnię, która estetyką zdecydowanie odstaje od wszystkich innych latarń w Polsce). Niestety mimo próby, nie udaje nam się dostać nawet w jej okolicę, teren portu jest zamknięty dla osób z zewnątrz. W stronę Wyspy Sobieszewskiej udajemy się nową trasą Sucharskiego gdzie pojawił się problem, który napsuł nam trochę krwi. Wzdłuż trasy została oddana ładna ścieżka rowerowa, ale niestety już przez sam most Jana Pawła II NIE MA MOŻLIWOŚCI przejechania rowerem, ponieważ nie został zrobiony po żadnej ze stron chodnik/ścieżka. Nie potrafiłem tego zrozumieć, ale nie było za dużo czasu na rozmyślanie i po krótkiej analizie terenu przeciskamy się przez most po jego wschodniej części.

trasa sucharskiego

Mijamy tereny rafinerii gdańskiej, przejeżdżamy przez most pontonowy i już jesteśmy na wyspie Sobieszewskiej. Nasze tempo jest teraz podyktowane pod sygnały płynące z żołądków ;) Mimo, że głód bardzo zaczął nam dokuczać to zdecydowaliśmy, że damy radę dojechać do Jantaru. A tam już czekała na nas pizza :)

Do naszego celu pozostało ok 40 km, rosło nasze podekscytowanie oraz satysfakcja. W końcu plan wyprzedzaliśmy o jeden dzień, ale przez cały tydzień jechało się wyśmienicie i bez negatywnych przygód. Natalia pokonywała kolejne kilometry jakby jeździła rowerem co weekend. Mieliśmy dobry czas i chcieliśmy sobie poleżeć w Piaskach na plaży. Niestety w Kątach Rybackich zebrały się czarne chmury :/ i to dosłownie! Aż do Krynicy zmagaliśmy się z silnym wiatrem, zaczęło padać. Nawet nie chciało nam się zajeżdżać do ostatniej latarni po tym jak nas wychłodziło. A przecież to jeszcze nie koniec drogi, przed nami 11 km jazdy przez las. Totalne pustkowie, bez żadnych zabudowań. Tylko my, las i samochody. Zastanawialiśmy się czy przypadkiem nie przenocować w Krynicy i jutro nie zaatakować Piask. Ale to przecież już tylko „10 km”, my nie damy rady ?w oczekiwaniu na prom

Szybko jednak pożałowaliśmy tej decyzji. Po około trzech kilometrach mieliśmy poważny kryzys. Deszcze zaczął padać niesamowicie intensywnie, pojawiły się błyski i grzmoty. Widziałem, że Natalia ma dość jednak nie jest łatwo ją złamać kiedy widać już cel wyprawy. Dopiero później okazało się, że tego dnia przechodziły największe burze tego lata w tym rejonie. Na szczęście epicentrum  znajdowało się na zachód od nas i cali i zdrowi dojechaliśmy do Piask. Zajęło to nam 1,5 h, przemokliśmy totalnie, buty czy spodnie pochłonęły litry wody (sakwy zdały egzamin!). Oczywiście o żadnym celebrowaniu nie było już mowy. Problem pojawił się z powrotem, przecież w taką pogodę rozstawianie namioty mijało by się z celem. Gdy ubranie jest mokre to organizm wychładza się o ok 30% szybciej. A nasze już bardzo zbliżały się do punktu krytycznego. Trzeba było szybko działać!

Tym razem mieliśmy trochę szczęścia. W zatoczce stał ostatni tego dnia pekaes, kierowca po dłuższej namowie zgodził się nas zabrać z powrotem do Krynicy. Także z naszymi rumakami wbiliśmy się na pokład naszego wybawiciela ;) W Krynicy wydarzyła się zabawna jak na nasze położenie scenka :) Próbowaliśmy przekonać kierowcę, że bardzo nam zależy żeby dojechać do Kątów Rybackich, zgodził się gdy okazało się że w Krynicy tylko dwie osoby czekały na autobus (staliśmy przecież z rowerami i sakwami w środku, w drugich drzwiach gdzie były jakby wyjęte jedne fotele). Teraz sobie wyobraźcie, do wyjazdu z miasta jest może ze 3 kilometry, cały autobus pusty a nim wyjechaliśmy dosiadło się małżeństwo z dzieckiem w wózku, opiekun z osobą niepełnosprawną na wózku oraz wspomniane dwie kobiety z walizkami i tak wszyscy razem w kupie jechaliśmy na środku autobusu, a calutki był pusty :] Próbowaliśmy na stojąco trzymać rowery i sakwy, nie obudzić małego w wózku, zrobić miejsce dla niepełnosprawnej i jeszcze te starsze kobiety. Żuławska Kolej Dojazdowa

Woda z nas leciała strugami i po chwili, już podróżowała po całym autobusie. Tak minęła nam podróż do wspomnianej miejscowości, cieszyliśmy się jednak, że mogliśmy się troszkę ogrzać. W Kątach chcieliśmy znaleźć jakąś kwaterę tylko na jedną noc, niestety padało bez chwili przerwy. Przepraszam lało jak z cebra. U Natalii pojawiły się pierwsze oznaki paniki. Nikt nie chciał nas przyjąć, bo mimo pogody był szczyt sezonu i wszystko było zajęte. Pytaliśmy przechodniów, dzwoniliśmy po wszystkich zaobserwowanych telefonach i nic. Po ok 30 minutach jazdy po wszystkich chyba uliczkach miejscowości w końcu trafiliśmy. Akurat zmieniali się wynajmujący i gospodarze mieli akurat na tę noc pusty pokój :) Jakie było zdziwienie Pani, gdy poinformowała mnie o tym fakcie w rozmowie telefonicznej i dowiedziała się, że już stoimy pod drzwiami :D

Wyglądaliśmy jak „siedem nieszczęść”. Byliśmy całkowicie przemoczeni i wahaliśmy się z wejściem do kwatery, by nie ubłocić mieszkania. Pokój, który udało nam się wynająć na tę deszczową noc ocalił nam życie. Zrzuciliśmy mokre ubrania i wzięliśmy gorącą kąpiel, by ogrzać przemarznięte ciało. Po sześciu dniach mogliśmy spędzić noc w normalnych warunkach. Gdy się ogarnęliśmy nadszedł czas na „świętowanie”. Ciepły pokój, miękkie łóżko, puchaty kot właścicieli, który krzątał się po naszym azylu i zimne piwo… To wszystko wywołało i w dalszym ciągu wywołuje błogi uśmiech na twarzy.

Piaski

Jest to niestety jedyne zdjęcie jakie udało nam się zrobić – telefonem z pod sztormiaka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *