Wyprawa na Orlą Perć

widok na wielki staw polskiW Tatrach meldujemy się regularnie co roku. Uwielbiamy ten nasz malutki kącik w stylu alpejskim. Krajobrazy, satysfakcję z osiągniętych celów i mimo kilku minusów (przeludnienie na szlakach itp.) Tatry jeszcze się nam nie znudziły. Od lat jednak wiedzieliśmy, że musi nadejść ten dzień, dzień kiedy padnie hasło – idziemy! A mowa oczywiście o słynnej Orlej Perci. Wielokrotnie spoglądaliśmy na te wierzchołki z okalających je dolin. Staraliśmy wyobrazić sobie jak to jest tam na górze i powoli oswajaliśmy się z tym, że to my kiedyś będziemy obserwować ludzi z góry.

Orla Perć została otwarta w 1906 r. i jest najtrudniejszym znakowanym szlakiem w całych Tatrach. Z uwagi na liczne wypadki, odcinek od Zawratu do Koziego Wierchu został oznaczony jako jednokierunkowy. Na pokonanie całej trasy (Zawrat – Krzyżne) będziemy potrzebować ok 6-8 h (niecałe 4 kilometry).

Żeby zniwelować ryzyko złej pogody, postanowiliśmy pojechać w góry spontanicznie tzn. jeśli w czwartek/piątek prognozy będą korzystne, to dajemy sobie zielone światło :) Tak też udało nam się zebrać w dniach 8-10 sierpnia i w sobotnie popołudnie ruszyliśmy w stronę Podhala. W planie było dojechać do Bukowiny, skąd mieliśmy się jakoś dostać do Palenicy Białczańskiej i jeszcze wieczorem dojść do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Takie były plany, które jak wiadomo nie zawsze się udają :) Wyjechaliśmy z Warszawy za późno i gdy zameldowaliśmy się w Bukowinie Tatrzańskiej już nie było sensu próbować dostać się do schroniska, bo byśmy byli tam około północy. Robimy szybkie zakupy i ruszamy do Brzegów, gdzie w tą gwiaździstą noc śpimy na strumieniem.

Nasze budziki były nastawione na 2:30, by o 3:00 ruszyć w stronę Palenicy. To była naprawdę ciepła noc. Mieliśmy problemy żeby zasnąć. Nawet otworzenie namiotu na niewiele się zdało. Po tym lekko przydługim poranku, na parkingu byliśmy o 4 nad ranem i ruszyliśmy dziarsko w stronę schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Spacer szlakiem był przyjemny, trzymała nas jeszcze radość, że znów jesteśmy w górach :) W połowie szlaku ujrzeliśmy jak pięknie wschodzi słońce znad wierzchołków szczytów.

wschód słońcawielki staw polski dolina roztoki dolina pięciu stawów

Schronisko ujrzeliśmy przed siódmą. Poprzedni upalny dzień i przyjemny wieczór sprawił, że bardzo duża liczba osób postanowiła tam przenocować. Wokół schroniska a nawet w okolicy stawów było pełno śpiących turystów. Po śniadanku i herbatce ruszyliśmy w stronę Zawratu. Wracając jeszcze do wcześniejszych zmian w naszym planie, postanowiliśmy zaryzykować i pokonać cały odcinek Orlej Perci w jeden dzień. Początkowo w połowie drogi mieliśmy zejść i przenocować w schronisku, jednak pogoda, długość dnia w sierpniu oraz przede wszystkim kondycja pozwoliła nam podjąć taką decyzję.

śpiący nad doliną pięciu stawów

Około dziewiątej pojawiamy się na Zawracie a wraz z nami raptem kilka osób. Uzupełniamy płyny, robimy kilka zdjęć i jesteśmy gotowi rozpocząć naszą kolejna przygodę. Podejście na Mały Kozi wierch to ok 15-20 min. Pojawiają się pierwsze łańcuchy i ekspozycje. Mogę potwierdzić, że widok jest jednym z najładniejszych jakie widziałem w Tatrach (nadal nie bije tego, co można zobaczyć przy pięknej pogodzie z Rysów). Odcinek do Koziego Wierchu jest uznawany za najtrudniejszy z całej Orlej Perci, tak jak wspomniałem wcześniej jest również jednokierunkowy z uwagi brak miejsca do minięcia się z innymi osobami. Do Zmarłej Turni mozolnie pokonujemy kolejne łańcuchy i klamry. Przez cały czas towarzyszy nam silna ekspozycja, do której o dziwo, dość szybko się przyzwyczaiłem, co pozwoliło w spokoju delektować się widokami wokół nas. Po prawej stronie szlaku zaobserwowaliśmy taterników wspinających się na sąsiednich skałach.

Momentem, w którym Orla Perć spełniła moje wyobrażenia, był na pewno odcinek w którym doszliśmy do 8-metrowej drabinki zawieszonej nad przepaścią, tj. zejście do Koziej Przełęczy oraz podejście pod Kozi Wierch. Oczywiście nie jest to fragment wybitnie trudny i nie niemożliwy do pokonania, jednak dla osoby nieoswojonej z tego typu trudnościami w głowie mogą tworzyć się różne straszne obrazy (wyobraźnia szaleje 8-) ). Samą drabinkę pokonuje się w kilka chwil, tak samo jak podejście po łańcuchach. Natomiast widoki, szczególnie na ścianę Koziego po drugiej stronie przełęczy robią ogromne wrażenie. Widać piękno gór, człowiek czuje ogromną satysfakcję, że znajduje się w tym miejscu i ma możliwość podziwiać tę część Tatr. Na wierzchołku nareszcie jest trochę miejsca i gdzie spokojnie można usiąść i się posilić :)

drabinka przed kozim wierchem granaty orla perć skały

Odcinek do Granatów, pozwala złapać trochę oddech. Nie jest już tak ciężki i mozolny jak poprzedni jednak też ma swój urok, a mianowicie sypkie zbocza. Szczególnie w Żlebie Kulczyńskiego trzeba uważać, żeby nie zjechać na d… ;) Między Granatami mamy znów możliwość przećwiczyć naszą wyobraźnię i lęki :) Znajdziemy tam ok 1-metrową szczelinę nad która musieliśmy wykonać trochę większy krok. Jednak nie ma czym się stresować, szczelina jest zabezpieczona w postaci łańcucha a osoby które zbyt sparaliżuje ;) będą mogły minąć to dołem.

Skrajny Granat – tu zrobiliśmy naradę. Minęła godzina 15, czyli na nogach byliśmy już ponad 12 godzin i trzeba było zweryfikować stan kondycji oraz posiadanych zapasów. Był to ostatni możliwy moment, żeby zejść. Niestety okazało się, że aż tak różowo nie było. Dzień, tak jak poprzednie tygodnie, był strasznie upalny, tj. bardzo łatwo o odwodnienie, szczególnie przy takim wysiłku. Zabraliśmy ze sobą naprawdę pokaźne ilości płynów. Każdy dźwigał 3l wody, dodatkowo mieliśmy termos herbaty i prawie 2l izotoników i elektrolity. Łącznie ok 15 litrów płynów. Na Skrajnym Granacie zostało nam 1,5 l na 4 osoby a do schroniska  jeszcze 4 godziny wspinaczki i marszu. Jedzenie było również na wykończeniu, pozostały jedynie jakieś herbatniki. Mimo tych niesprzyjających zapasów, zdecydowaliśmy się kontynuować wędrówkę. Z dokładnymi mapami o wodę w górach nie trudno, a bez jedzenia jakoś wytrzymamy.

Skierowaliśmy się w stronę Przełęczy Krzyże, zostawiając za sobą na wierzchołkach sporo osób. Ten fragment Orlej Perci nie należy do łatwych. Liczne łańcuchy, klamry, drabinka i osuwiska. Nie szarpiąc tempa, widząc cel pokonywaliśmy kolejne przewyższenia. Niestety jakieś 30 min przed przełęczą nadciągnęła burza z piorunami. Humory trochę się popsuły. Zaczęło się robić nieciekawie. Zejść się już nie dało, trzeba było mimo narastającego zmęczenia szybciej przebierać nogami zachowując maksimum koncentracji. Widzieliśmy jak piorun uderzył w okolicy Świnicy i aż serce szybciej zabiło, grzmot w górach robi wrażenie. Skoczyła adrenalina. Byliśmy przecież jeszcze na grani, a kamienie zrobiły się śliskie gdy spadł deszcz. Co kilkanaście metrów wypatrywaliśmy upragnionej przełęczy. Burza była coraz bliżej… aż w końcu jest! Już tylko kilkadziesiąt metrów, żadnych zdjęć, podziwiania widoków, żadnej radości z ukończenia Orlej Perci, po zobaczeniu tabliczki „Krzyżne”, szybko daliśmy dyla w dół, w stronę Doliny Pięciu Stawów. Z każdą minuta kiedy schodziliśmy emocje opadały, wracało coraz bardziej zmęczenie. Przypomnieliśmy sobie jak bardzo chce nam się pić i jeść a w plecakach przecież było pusto. Całe szczęście, że dopiero teraz się bardziej rozpadało, woda zaczęła płynąć po zboczach.

widok na orlą perć

Po kilkudziesięciu minutach w końcu wypatrzyliśmy upragniony strumyczek. Języki już mieliśmy przyklejone do podniebienia a uczucie pragnienia stawało się dominujące. Niestety po chwili przyjemności, droga strasznie się dłużyła. Doszliśmy do kosówki, wody teraz mieliśmy pod dostatkiem, jednak dokuczać tym razem zaczęło zmęczenie mięśni oraz głód. Idąc cały czas zboczem i widzieć swój cel wędrówki (schronisko), ale nie widząc końca ścieżki i dłużącą się drogę, nie nastrajało nas optymizmem. W pewnym momencie musieliśmy się zatrzymać i odpocząć dłużej. Nagle w tej chwili wyciszenia, koledze przypomniało się, że na wyjazd zabrał czekolady i nie przypomina sobie żeby je gdzieś widział. Rzuciliśmy się do przeszukiwania jego plecaka i nagle pojawiły się uśmiechy na twarzy :) Były to gorzkie czekolady z Biedronki :) Każdy miał po tabliczce, zajadaliśmy się jakby to był obiad u Amaro  8-) Po takim skoku endorfin, dalsza droga była już przyjemnością, gonił nas tylko czas. Dochodziła godzina 20 a my samochód mieliśmy w Palenicy.

szczelina na granatach  orla perć orla perć łańcuchy

W schronisku chcieliśmy coś zjeść na szybko i napić się herbaty, ponieważ była niedziela, trafiliśmy na mszę w czasie której kuchnia jest zamknięta. Zadowoliliśmy się herbatą i trzeba było ruszać w dół póki ciało nie zdążyło się jeszcze zbyt schłodzić. Po zejściu czarnym szlakiem do Doliny Roztoki zastał nas mrok i tak przy świetle czołówek krok po kroku, kamień po kamieniu, schodziliśmy do parkingu cały czas rozmyślając o tym co byśmy zjedli. W Zakopanem meldujemy się 15 minut przed północą w ostatniej otwartej restauracji,  która jeszcze zgodziła się pożywić strudzonych turystów. Dostaliśmy taaakie porcje, że nasze skurczone żołądki nie były wstanie tego przyjąć. Zjedliśmy tylko zupę a resztę wzięliśmy na wynos :) Tym miłym akcentem skończyła się nasz przygoda w Tatrach. W Warszawie jesteśmy o 7 rano.

Podsumowując:

  • Na szlaku spędziliśmy ok 18 godzin i 20 min.
  • przeszliśmy 29,9 km
  • wypiliśmy po 4 l płynów

Jeszcze zapis trasy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *