Rowerem wzdłuż wybrzeża – szlak latarni morskich dzień 1 i 2

dziwnow most zwodzonyPomysł, by przejechać na rowerach całe polskie wybrzeże pojawił się w mojej głowie w tamtym roku. Plan dojrzewał powoli, aż wreszcie zmienił się w zrealizowany cel. Było momentami ciężko, czasami żmudnie, były urazy, awarie i kaprysy pogody. Wszystko to udało się jednak przetrwać. Nagrodą za wytrwałość jest teraz moja satysfakcja. W 7 dni wraz z żoną pokonałem 709 km na trasie Świnoujście – Ahlbeck (Niemcy) – Świnoujście – Krynica Morska(Piaski) – Malbork.

Ale po kolei…
Planując wyjazd, pierwsze co należało ustalić, to w jakim kierunku będziemy jechać. Czynnikiem, który przeważył, był kierunek w jakim wieją wiatry na wybrzeżu. Po wyszperaniu w internecie padło na wiatry zachodnie, a że lepiej mieć wiatr w plecy to ruszyliśmy w stronę Świnoujścia.


Pierwsze problemy zaczęły się już przy kontakcie z PKP. Wciąż próbują nas uświadamiać w reklamach, że „nie każdy pociąg to PKP” jednak w prawie wszystkich spółkach nie ma możliwości zakupu biletu na rower przez internet(sic!) (wyjątkiem są chyba tylko koleje regionalne). Nawet osoby na infolinii nie są w stanie powiedzieć czy na dany pociąg są jeszcze wolne miejsca rowerowe(sic!). Musiałem więc odstać swoje w kolejkach do kasy. Dwa dworce, łącznie ok 2 godzin i miałem w ręku bilety w obie strony (jak się później miało okazać, nie wszystkie były dobrze wystawione).

pociag galczynski

paszport na pieczatki z latarni BLIZA

Po 8 godzinnej podróży pociągiem, meldujemy się ok 17 w Świnoujściu. Szybka wizyta w miejscowości Ahlbeck i o 18:20 rozpoczynamy wyprawę z granicy polsko-niemieckiej.  Jako, że dzień imał się ku końcowi trzeba było pedałować jak najdalej się uda :) Zaliczyliśmy jeszcze szybką wizytę w pierwszej latarni, gdzie zakupiliśmy paszporty, by móc zdobyć odznakę BLIZA i ruszyliśmy zdobywać pierwsze miejscowości. Zaczęło się robić coraz ciemniej i prawdopodobnie wyszło z nas zmęczenie po ośmiogodzinnej podróży pociągiem, że finalnie pierwszego dnia dojechaliśmy tylko do Międzyzdrojów.

Było już po 21, dookoła Woliński PN i PLAGA komarów jaka co roku nawiedzą te rejony, dlatego zapadła decyzja – szukamy pola namiotowego. Okazało się, że są dwa :) Jedno pełniutkie, zielona trawka, bar i wszystko co tam trzeba. Drugie puste (chyba ze dwa namioty były), ale za to prawie przy samym morzu. Przecież nie szukamy luksusów. Próbujemy do drugiego:

– Dzień dobry, szukamy kawałka ziemi żeby się rozbić z namiotem na jedną noc
– Oczywiście zapraszamy, rozbijajcie się gdzie Wam pasuje
– A ile ta przyjemność
– Jak od Was to 52 zł
– Ile?! u konkurencji jest dużo taniej!
– Taka jest moja propozycja, co z tego że tamten camping jest najstarszy i z zieloną trawą. U mnie słyszycie szum morza.
– Ale to przecież nie zawsze jest dobrze bo przeszkadza spać. Dziękujemy zastanowimy się.

Chytry dwa razy traci. Jak teraz mi wyszło z obliczeń to byłby nasz najdroższy nocleg podczas całego wyjazdu. Nawet w Sopocie gdzie opłaty uzdrowiskowej było z 10 zł – jest taniej.

Pierwsza noc nad morzem. Natalia, rzuca propozycję kanapek na plaży. Idziemy. Ludzi nie za wiele, znajdujemy jakiś konar i rozkładamy się z naszym majdanem. Konserwa z keczupem to był symbol wyjazdu ;) Niestety wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jesteśmy w środku inwazji komarów. Było po 22, powinny już spać i dodatkowo wiało też od morza. A te skurczybyki chmarami atakują. Musieliśmy zwiększyć tempo konsumpcji i dać dyla do namiotu. Efekty pogryzień tej i kolejnej nocy nosiliśmy na sobie do końca wyjazdu.

Rano jedziemy w stronę mola, kupujemy świeżutkie bułeczki i na promenadzie rozpoczynamy drugi dzień. Dopiero teraz zacznie się prawdziwa jazda. Natalia do tej pory jeszcze nigdy w życiu nie przejechała rowerem powyżej 100 km w jeden miesiąc a co dopiero w jeden dzień ;) ale o jej kondycję jestem spokojny, wszystko siedzi w głowie. Pierwsze wyzwanie to wydmy w Wolińskim Parku Narodowym. Ciągle pod górę i z góry. Gdy dojeżdżamy do największego klifu w Polsce – Gosań (93,4 m n.p.m.) jest pierwszy kryzys. Siodełko zaczyna jej przeszkadzać, mozolne podjazdy i pędzące samochody nie działają budująco i ta tablica – Kołobrzeg 93 km. Podjężdzamy pod punkt widokowy, wchodzę już sam. Widok trochę rozczarowuje – widać praktycznie tylko morze.

Wracamy do głównej drogi. Dopiero się zorientowaliśmy, że rękawiczki rowerowe zostały w Międzyzdrojach :P trudno trzeba jechać dalej. Powoli wyjeżdżamy z parku. Drugą latarnię – Kikut – musimy minąć, Natalia nie ma motywacji by zjechać w las (na szczęście pieczątkę za tą latarnie dostaliśmy w Świnoujściu).

rowerem dpo wolinskim parku narodowym granic polsko niemieckawidok z latarni na swinoujscie

Najbliższy odpoczynek to Dziwnów, jeszcze tylko chwila aż most zwodzony opuszczą i zostawiamy za sobą wyspę Wolin. Do Kołobrzegu jeszcze kawał drogi, nie ma co się rozsiadać tylko kręcić dalej. Jedziemy cały czas ulicą, polujemy teraz na Trzęsacz. Znajdują się tam ruiny kościoła którego zabiera morze. Podczas budowy znajdował się ok 2 km od morza. Teraz pozostała tylko południowa ściana.

trzesacz kosciol nad urwiskiem

Gosan punkt widokowyzachod slonca na plazy

W Niechorzu odhaczamy kolejną latarnię, Kołobrzeg coraz bliżej. Przed nami przedzieranie się przez tereny wojskowe. Przed wyjazdem wyczytałem, że poprowadzono tamtędy ścieżkę rowerową aż do Mrzeżyna, z czym wiązaliśmy nadzieję. Chcieliśmy odpocząć od samochodów. Jak wielkie było nasze rozczarowanie kiedy zobaczyliśmy, że ścieżka owszem jest, ale nie da się po niej jechać!!! – kilometry kostki brukowej. Tempo znacznie się zmniejszyło, staraliśmy się jechać poboczem ale to były tylko króciutkie fragmenty.

Od Dźwirzyna dostaliśmy to na co czekaliśmy czyli fajną ścieżkę rowerową, która doprowadziła nas aż do Kołobrzegu. Czuło się już zmęczenie, zaplanowaliśmy zjeść jakiś makaron. Wpadamy szybko zdobyć kolejną pieczątkę i jazda do knajpy :) Jest już koło 20 – wsunęliśmy makaron i pizze. Trzeba też myśleć o noclegu. Ustaliliśmy, że jedziemy dalej i szukamy czegoś na dziko. Wybór był jeden. Śpimy dziś na plaży.

Znaleźliśmy fajną miejscówkę, osłoniętą połowicznie od wiatru. Poczekaliśmy tylko aż słońce zajdzie i rozstawiliśmy namiot. 103 km tego dnia zrobiły swoje, piwo które mieliśmy sobie wypić przed snem musiało poczekać na inną okazję. Szybko zasypiamy.

Jedna myśl nt. „Rowerem wzdłuż wybrzeża – szlak latarni morskich dzień 1 i 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *